piątek, 14 sierpnia 2015

Capitulo 10

Spójrz w niebo 
Spróbuj to zmienić 
Pomyśl czego chcesz 
I biegnij tego szukać 

Violetta - Veo Veo


W jej głowie rozbrzmiewały dwa głosy. Jeden kategorycznie zabraniał, aby iść z Leonem na spacer. Drugi z kolei, aż prosił, żeby odpowiedziała, twierdząco na jego propozycje. To była walka, z samą sobą. Bała się, że ponownie ją zrani. Ale perspektywa szczerej rozmowy, wydawała się jak najbardziej, zachęcająca. Nie powinna czuć się tak, jakby mogła mu zaufać. Jednak pomimo wszystkiego, on był jej coraz bliższy. Chciała poznać myśli Meksykanina, żeby dowiedzieć się, że rzeczywiście się zmienił. Nawet nie zauważyła, że nadgarstek, nadal tkwi w uścisku szatyna. Z przestrachem, delikatnie wyswobodziła, swoją rękę.
- Chyba, mam jeszcze trochę, czasu – przełknęła, głośno ślinę. Tylko, żeby nie żałowała, podjętej decyzji. Miała ochotę potrząsnąć chłopakiem i wyciągnąć z niego odpowiedzi, na nurtujące pytania, które powstrzymywały ją, od zawarcia przyjacielskich relacji, z Verdasem.
- Mam przyjąć to, jako odpowiedź, twierdzącą? – zapytał. Chciał mieć pewność, ponieważ dziewczyna, nie określiła się słowem : tak czy nie. Ona była nieprzewidywalną osobą, której nie sposób było przejrzeć, na wylot. Potrafiła go zaskoczyć, więc nie mógł cieszyć się przedwcześnie.
- To znaczy tak. Zgadzam się – uśmiechnęła się blado. Mogła potrzymać Leona dłużej w niepewności, ale nie zasłużył sobie. Dziwne było to, że jeszcze nie uciekł. Miała zmienne humory i czasem stawała się nie do wytrzymania. Jak biedna, Francesca tyle z nią wytrzymywała?
- Naprawdę? To wspaniale! Bardzo się cieszę – oznajmił, szczęśliwy. Chciał, aż podskoczyć do góry, z radości. To byłoby bardziej dziewczyńskie zachowanie, a on chyba za dużo ostatnio spędzał czasu, z Larą. Opanował swoją euforię i uniósł kąciki ust ku górze – Wiem, gdzie możemy pójść.
- Dobrze, a więc prowadź, przewodniku. – Przez moment się wahała. Odrzuciła niedorzeczne wymysły, typu : co jeżeli Leon jest seryjnym mordercą, a ja, tak po prostu, godzę się na wspólną wędrówkę, która będzie moją ostatnią?
- To niedaleko. Mam nadzieje, że ci się tam spodoba.



 Kiedy, w końcu się zatrzymali, po kilkunastu minutach drogi. Violetta, oniemiała z wrażenia. Słowo, pięknie, nie oddawało w pełni rozpościerającego się przed nią widoku. Tyle razy była w tym parku, lecz nigdy nie poświęciła dłuższej chwili, aby poznać jego urokliwe miejsca. Teraz miała przed sobą, zachodzące słońce, którego ostatnie promienie zatapiały się, w głębi jeziora. Rzadko o tym myślała, ale widok znikającego ciała niebieskiego, przypominało o tym, że kiedy ponownie wynurzy się i zajaśnieje na niebie, rozpocznie kolejny dzień. Nowy dzień, w którym wszystko, mogło odmienić się na lepsze. Żadne z nich jeszcze się nie odezwało. Nie chcieli niczego zepsuć, ale cisza nie mogła trwać, w nieskończoność. Violetta usiadła na trawie, a tuż obok niej, Leon. Spojrzała na drzewo, którego gałęzie unosiły się nad ich głowami. Było naprawdę piękne. Sądząc po jego stanie, wyglądało na dosyć wiekowe, ale to tylko dodawało mu urody. Pierwszy raz widziała roślinę, o tak żywo czerwonych kwiatach.
- Z tym miejscem, wiąże się pewna historia… – zaczął. Chciał przerwać ciszę, która panowała między nimi. Miał nadzieje, że nie zanudzi dziewczyny bo nie każdy lubił słuchać, jakiś starych historii. Tym bardziej, że właśnie tą opowiedziała mu jego babcia.
- Naprawdę? Opowiesz mi ją? – poprosiła.
- Lepiej nie będę zagłębiał się w szczegóły. Tą historię po mistrzowsku opowiada, wyłącznie moja babcia. Pewnie dlatego, że to właśnie jej dotyczy – spojrzał na szatynkę. Z tego co wyczytał, z jej twarzy, wyglądała na zainteresowaną. – Pięćdziesiąt lat temu, to właśnie w tym miejscu, poznała dziadka. Ciężko mi w to uwierzyć, ale twierdzi, że to była miłość, od pierwszego wejrzenia. Tamtego dnia, kiedy po raz pierwszy go zobaczyła, wiedziała, że to będzie uczucie. na całe życie. To miejsce stało się symbolem, ich bezgranicznej miłości. Nawet moi rodzice, nie mają tak silnej więzi, jak moi dziadkowie.
- To jest niesamowite – wydusiła. Zbyt łatwo się wzruszała. Romantyczne historie, zawsze ją poruszały. Brakowało tylko tego, żeby znowu rozpłakała się przy Meksykaninie. Niektórzy mają szczęście, a inni wręcz przeciwnie. Ona, zaliczała się do tej drugiej grupy. Chyba musiała się w końcu przyzwyczaić, że ma pecha – Chyba masz dobry kontakt ze swoją babcią? Wiesz, w dzisiejszych czasach młodzi ludzie, od starszych osób, oczekują raczej pieniędzy. Mało czasu poświęcają na rozmowę, z nimi – stwierdziła, dedukując ze swoich własnych obserwacji.
- Szczerze mówiąc, babcia oraz dziadek, są mi bliżsi niż rodzice. To praktycznie, oni mnie wychowali. Rodzice wciąż, byli zajęci swoją firmą. Wydaje mi się, że tylko im przeszkadzałem. Wysłali mnie do szkoły z internatem, więc na kilka lat, mieli mnie z głowy. Nawet teraz, kiedy wróciłem do Buenos Aires, mało czasu spędzamy we trójkę. Trudno mi się z nimi dogadać. Ojciec chce, abym poszedł w jego ślady i po zakończeniu studiów, przejął rodzinną firmę. Ja jednak chciałbym robić, coś innego. – Nie był do końca pewny, czy szatynka chciała lepiej go poznać, ale zdecydował się na rozmowę, bez sekretów. Wiedział, że jednej tajemnicy, na pewno nie może teraz zdradzić. Głupotą byłoby powiedzieć, że jest w niej zakochany, od dawna. Nie kiedy ich relacje, zmierzały w odpowiednim kierunku.
- Nie miałam pojęcia, że twoje życie, może tak wyglądać – pokręciła głową, niedowierzająco. Kolejny przykład, że jest wielką egoistką. Tak rozpacza nad swoim życiem, że nie potrafi dostrzec problemów innych ludzi. Za dużą wagę przywiązuje do własnych smutków.
- A myślałaś, że jak wygląda? Uważałaś, że mieszkam sobie w dużej willi, z basenem i jestem rozpieszczonym dupkiem, który nie wie, jak to jest mieć, jakiekolwiek problemy? – zaśmiał się, niezbyt wesoło. Nie powinien dziwić się, że szatynka postrzega go w taki sposób. Zasłużył sobie, ale chciał, w końcu przestać płacić za błędy przeszłości.
- Nie, Leon. Nie… Wiesz, nie oceniam ludzi, jeżeli ich zbyt dobrze nie znam. My… - urwała, zastanawiając się jak kontynuować – My nigdy nie rozmawialiśmy, tak na spokojnie, bez żadnych sprzeczek. Chociaż, jak teraz tak się nad tym zastanawiam, to przecież ja, zawsze je wszczynałam. Miałam do ciebie żal i byłam zła za wszystkie dowcipy, które kiedyś mi wywijałeś. Ale byliśmy wtedy mali, a ja chyba za bardzo, wzięłam to do siebie – przyznała. Spojrzała ukradkiem na szatyna. Zrobiło jej się gorąco, od intensywności jego wzroku. Miała ochotę wskoczyć do jeziora i jak najszybciej odpłynąć. Problem w tym, że nie umiała pływać. Jeżeli zdecydowałaby się na realizacje pomysłu, prędzej by się utopiła niż uciekła.
- To brzmi, tak jakbyś dawała mi, drugą szansę. Wiesz, że ja nigdy nie chciałem cię skrzywdzić. Byłem głupim dzieciakiem, który miał idiotyczne pomysły. Robiłem to, bo…
- Leon – weszła mu w słowo. Nie musiał już się tłumaczyć. - Postanowiła zaryzykować. W świetle ostatnich zdarzeń, Meksykanin wydawał się osobą, godną zaufania – Nie wracajmy do tego co było, bo wtedy nie ruszymy, na przód. Zacznijmy od nowa. Jestem Violetta – uśmiechnęła się szeroko.
- Przecież wiem, jak masz na imię. Nie mam, aż tak złej pamięci – powiedział, chcąc się z nią trochę podroczyć.
- Wiem, że pamiętasz, jak się nazywam – przewróciła oczami. – Ale to ma być nowy początek. Ustalmy, że jeszcze, w ogóle się nie znamy. Rozumiesz mnie, Leonie czy nie?
- Jeszcze się nie znamy, a więc skąd znasz moje imię? Powinienem się bać? – zażartował. Ogromnie się cieszył, z nowego początku. Ale musiał przyznać, że lubił kiedy Violetta się irytowała. Uroczo wtedy marszczyła nosek.
- Ugh – walnęła go delikatnie w ramię – Facetom to zawsze trzeba wszystko rozpisać, żeby zrozumieli – pokręciła głową. Wstała na równe nogi i otrzepała ubranie.
- Nie obrażaj się – podniósł się energicznie do pionu. Skutkiem czego, zaczął chwiać się we wszystkie strony. Na szczęście w porę zdążył odzyskać równowagę. Przeraził się, że zdążył już wszystko zepsuć. Gdyby znowu wrócił do punktu wyjścia, to czołgałby się i błagał, o wybaczenie. Możliwe, że był coraz bardziej zdesperowany.
- Ej, spokojnie – starała się powstrzymać od śmiechu. Leon za bardzo się przejął. Była zaskoczona, ale w głębi duszy także szczęśliwa – Muszę już wracać. Ale mam nadzieje, że jeszcze się zobaczymy – zarumieniła się. Chłopak zdecydowanie, dziwne na nią dział.
- Aaa, aha – odetchnął z ulgą – Może cię odprowadzę? – osobiście z wielką chęcią by ją odprowadził. Chciał mieć pewność, że bezpiecznie dotarła do domu jednak wolał się nie narzucać.
- Innym razem, dobrze? – uśmiechnęła się przepraszająco. Miała do przemyślenia parę spraw w samotności – Poradzę sobie. Mieszkam niedaleko.
- Trzymam cię za słowo – ukazał rząd swoich śnieżnobiałych zębów – Do zobaczenia, Violetto.
- Do zobaczenia, Leonie – spojrzała w jego zielone oczy i poczuła się jakby tonęła. Przyśpieszony puls i oddech, którego nie mogła złapać. Otrząsnęła się dopiero po jakiejś, minucie. Przełknęła z trudem ślinę i wróciła na ziemię. Podeszła do szatyna, aby złożyć na jego policzku szybki i delikatny - niczym muśnięcie piórkiem - pocałunek. Potem szybko się odwróciła i ruszyła w kierunku domu.



Cześć i czołem, kluski z rosołem. Heh :D Miał być jeszcze jeden fragment, w tym rozdziale, ale stwierdziłam, że nie będę was męczyła, taką długością. Jeżeli z niego nie zrezygnuje, to na pewno będzie w kolejnym rozdziale. Zły czy dobry rozdział? Opinię pozostawiam w waszych rękach :* Dziękuje za wszystkie komentarze, jeszcze raz <3 Nie przynudzam więcej xD 
Do następnego, kochani :*