Be strong, be strong now
Too many, too many problems
Don't know where she belongs
Violetta, energicznie pokręciła głową, aby
pozbyć się widoku, którego była świadkiem. Próbowała sobie wmówić, że to coś
pomoże, ale wszystko na marne. Nie hamowała łez bezsilności, które lały się po jej
zaróżowionych od złości, policzkach. Słone krople, w ostatnim czasie pojawiały
się częściej niż uśmiech na twarzy, szatynki. Może to z nimi powinna się teraz
zaprzyjaźnić, bo tylko dzięki nim, męczący uścisk w klatce piersiowej znikał - przynajmniej na moment. Już sama nie wiedziała czy jest bardziej zła czy smutna. Te dwa uczucia
balansowały pomiędzy sobą. Dlaczego nic jej nie powiedzieli? Skoro brakowało im
odwagi, aby wyznać prawdę, nie musieli zaczynać romansu. Byli najbliższą rodziną
dla dziewczyny, tymczasem w jednej chwili, stali się dla niej obcymi ludźmi.
Zastanawiała się ile czasu, zatajali przed nią coś takiego? Dyktowali jak ma
żyć, jednak jej zdanie, w ogóle ich nie obchodziło. Obawiali się, że gdy prawda
wyjdzie na jaw, roztrzaska o podłogę wszystko, co będzie miała pod ręką i nigdy
już nie wypowie, do nich jakiegokolwiek słowa? Owszem, pewnie byłaby zła - to
nie ulegało żadnej wątpliwości. Ale prędzej czy później, zaakceptowałaby wybór
mamy. Pomimo tego, że relacje z nią, nie były najlepsze, chciała żeby była
szczęśliwa, nieważne, z kim. Nawet jeżeli miałby to być, Gustavo. Rodzicielka
najwidoczniej chciała rozpocząć życie na nowo. Może to w niej tkwił problem? Minęły już trzy
lata, od śmierci Germana i tylko ona nie pogodziła się jeszcze z jego stratą. Nie
potrafiła pokonać nawet jednego okrążenia na torze ponieważ wspomnienie tamtego
dnia, wciąż do niej powracało. Retrospekcja wypadku, która męczyła ją we śnie i
na jawie.
Na razie nie chciała wracać do
domu. Potrzebowała czasu i miała nadzieje, że oni to uszanują. Mogliby w końcu
przejrzeć na oczy i przestać dyktować własne zasady. Każdy człowiek potrzebuje
swobody podejmowania własnych decyzji. Angie oraz Gustvo, nie dawali tej
swobody, Violettcie. Te noc, chyba będzie musiała spędzić na ławce, w parku.
Nie mogła zadzwonić do przyjaciółki. Francesca, była taka szczęśliwa. Wciąż
musiała jej pomagać, a ona czuła się źle z myślą, że nigdy nie spłaci długu
wdzięczności. Nie mogła zepsuć radości, Włoszce bo wybiegła z domu, bez próby
podjęcia rozmowy. Ale jakby to wyglądało? Wszystko było jasne. Przecież ona,
miała o niczym się nie dowiedzieć. Poza tym, znaleźliby ją tam. Lepiej jeżeli
nikt nie wiedział, gdzie poszła. Pomoc, Diego, również nie wchodziła w grę.
Relacja z Hiszpanem, ostatnio mocno się pokomplikowała. Raczej, nie chciałby
mieć na głowie, niańczenia dawnej przyjaciółki.
Mogła zwrócić się jeszcze do jednej osoby. Czy aby na pewno była, aż tak
zdesperowana? Niby wszystko z Leonem, układało się lepiej. Tylko, że Argentynce,
głupio było prosić go o pomoc. Co by mu powiedziała? Hej Leon. Tak jakby uciekłam z domu. Może, mogłabym przesiedzieć, te
noc w fotelu twojego ojca? Pomysł z fotelem, jako pierwszy wpadł do jej głowy.
Gdyby pan Verdas, zobaczył, że taka zwyczajna dziewczyna siedzi w jego willi,
wykopałby ją szybciej niż powiedziałaby – dobry wieczór. Nie znała zbyt dobrze
rodziców, Meksykanina lecz ludzie z wypchanym portfelem, zazwyczaj okazywali
się sztywniakami. Mieli dziwne zasady, których zawsze przestrzegali. Wiedziała,
że nie powinna postrzegać tak, każdego bogatszego człowieka. Rodzice Fran -chociaż
mieli w posiadaniu, wielką firmę - okazali się być, bardzo miłymi ludźmi. Żadna
z opcji, nie przypadła do gustu, szatynce. Jedyne czego potrzebowała, to wsparcie
oraz rozmowa z kimś, kto chciałby ją wysłuchać.
Czuła się jak ostatnia, idiotka. Było już
późno, a oni nie byli nawet przyjaciółmi. Kto by pomyślał, że kiedyś stanie
przed drzwiami jego domu. Na pewno nie ona. Gdyby ktoś powiedział jej jeszcze
miesiąc temu, że będzie żywiła do Leona Verdasa, inne uczucia niż nienawiść… Wyśmiałaby
go i zapytała, gdzie jest ukryta kamera. Zanim zdążyła się rozmyślić, nacisnęła
dzwonek. Gdy już to zrobiła, chciała uciekać, zanim właściciele domu poszczują
ją psami. Wyglądała okropnie. Czerwona twarz, opuchnięte i pełne łez oczy. Zabrakło
czasu, aby zdążyła odejść. Usłyszała kroki, a po chwili w otwartych drzwiach
ujrzała, starszą panią. Minęło kilka sekund, zanim odważyła się odezwać.
- Dobry wieczór – odkaszlnęła, żeby
pozbyć się chrypki – Jest może Leon? – zapytała, niepewnie. Była coraz bardziej
przekonana, że pomyliła adresy.
- Dobry wieczór – odpowiedziała uprzejmie
- Tak, zaraz zawołam, wnuka – poinformowała, ciepłym głosem – Dziecino, co ci
się stało? – staruszka podeszła do Argentynki, aby ją przytulić.
Zaskoczona dziewczyna, oddała
uścisk. Staruszka, była opiekuńcza jak każda babcia. Pachniała różanymi
perfumami. Violetta w ramionach kobiety, poczuła spokój.
- Nic, naprawdę. Wszystko jest w porządku
– skłamała. Sztukę zatajania jak jest
naprawdę, opanowała do perfekcji. Zawsze tak odpowiadała. Nie chciała, żeby
ktoś się o nią zamartwiał – Coś mi wpadło do oka.
Starsza pani, zmierzyła ją
wzrokiem. Wyglądało na to, że nie uwierzyła w kłamstwo. Jednak nie odezwała się
słowem. Castillo, odetchnęła z ulgą, że nie drążyła tematu, chcąc za wszelką
cenę, dowiedzieć się prawdy.
- Proszę, wejdź do środka, Violu.
Zaraz zawołam, Leona.
- Pani wie jak mam na imię? –
zdziwiona, zmarszczyła brwi. Nigdy wcześniej, nie spotkała babci, Leona.
Pamiętałaby. Skąd więc wiedziała?
- Oczywiście. Mój wnuczek, często o
tobie opowiada – uśmiechnęła się – Bardzo się cieszę, że nareszcie mu się
udało.
- Poważnie? – Ku zaskoczeniu
brązowookiej, to było dla niej miłe. Nie rozumiała jednak ostatniego zdania,
wypowiedzianego przez kobietę – Co mu się udało?
- Jak to co? Zdobyć twoje serce,
kochanie – klasnęła w dłonie, niczym szczęśliwa nastolatka.
- Co?! – obruszyła się. Ona i Leon?
O czymś takim, nigdy by nie pomyślała. Ich przyjaźń rozwijała się w ślimaczym tempie.
Nie znała się na miłości, ale Verdas, nigdy nie mógłby obdarować jej tym
uczuciem. Francesca, uważała, że jest ślepa i tego nie widzi. Tylko, co powinna
zobaczyć? Przecież to było niedorzeczne. Leon, na pewno nie był w niej
zakochany. – My… Nie jesteśmy razem – odparła, zmieszana.
- Powiedziałam serce? Musiało mi
się coś pomylić. Nie słuchaj starej gaduły – zaśmiała się nerwowo – Chyba zostawiłam
wodę na gazie – zmyśliła na poczekaniu. Miała za długi język. Jeżeli Leon się
dowie, że coś wypaplała, będzie zły – Wejdźmy do środka – wskazała ręką na otwarte
drzwi.
- Poczekam tutaj, dziękuje –
uśmiechnęła się blado.
- Dobrze, dobrze – kiwnęła głową –
Leon, zaraz przyjdzie – wycofała się jak najszybciej. Miała nadzieje, że
szatynka nic nie powie jej wnukowi.
Obecność, starszej pani odwróciła na moment,
powód dla którego tutaj przyszła. Kiedy poszła, powrócił do niej cały ból. Nie
chciała już płakać. Argentynce, zdawało się, że ostatnie krople, wreszcie
opuszczają zmęczone oczy. Nie musiała długo czekać na przyjście, szatyna. Po
dwóch minutach, stał dokładnie w tym samym miejscu, gdzie przed chwilą stała
jego babcia.
- Violetta – wypowiedział z
czułością – Myślałem, że babcia, zmyśla – uśmiechnął się smutno, widząc w jakim
stanie jest dziewczyna, którą kocha.
- Leon – pociągnęła nosem. Rzuciła
się w jego objęcia. Poczuła niebywałą ulgę. Wdychała kojący zapach jego perfum.
Jego ręce oplotły ją w tali, powodując, że przylgnęła do niego jeszcze bliżej.
Od jego ciała, biło niesamowite ciepło. Sama, nie rozumiała tego jak działał na
nią, Verdas. Kiedy poczuła jego gorący oddech, tuż przy uchu, serce zabiło w
szaleńczym tempie. Odsunęła się minimalnie, od szatyna. To spowodowało, że ich
twarze były bardzo blisko siebie. Zatopiła wzrok w jego zielonych tęczówkach.
Pierwszy raz dotarło do niej jakie są piękne.
Będzie beso? Ja wiem, ale nie mogę
powiedzieć. Leon, ma przerąbane. Tylko Violetta, nie widzi, że mu się podoba :D
Nawet przyjemnie mi się pisało, aż dziwne. W tamtym tygodniu nie było
rozdziału, więc może w tym uda mi się dodać, jeszcze jeden :D Dziękuje za
wszystkie komentarze :* Każdy jest dla mnie ogromną motywacją ♥ Opinię pozostawiam wam, kochani <3 Ja chyba nigdy
nie będę zadowolona z siebie xD
W rozdziale, mogą pojawić się
błędy.
